Na plaży zakończyłam, od plaży zacznę. Piasek – owszem. Ale kamienie wszędzie. Były oczywiście fragmenty gdzie nie kaleczyło się stóp do krwi o kamienie pod wodą, ale – fragmenty. Potem piasek boleśnie w te małe ranki. Ale szybko się goiło, a cudowne morze rekompensowało tę drobną niedogodność. Któregoś dnia niebo zaczęło niebezpiecznie ciemnieć. Kuba nie przejmował się moimi histeriami „Wyjdźmy z tej wody! Będzie wielka burza!”. A burza nadeszła. Ludzie zaczęli w dość zorganizowanym popłochu zbierać się z plaży. Na maszcie zagościła czerwona flaga.
Ale niedługo później znów było upalnie. W drodze powrotnej trafiliśmy na dziwny okaz karetki.
Odnośnie upałów. Nie było dnia kiedy Kuba nie kupiłby frappe za 2.5 lewa. Zupełnie nie mogłam tego zrozumieć. Jak można jeść/pić/wsysać kolorowy proszek z wodą, zamrożony w dodatku. Albo po prostu nie mam we krwi turystyki. A tak oto wygląda frappe + Kuba.
JEDZENIE to moja fascynacja. Co tam jedliśmy? Dość powoli przekonywałam się do mięsa, dlatego różnie było. Aczkolwiek bez rewelacji. Jakieś pizze, sałatki, makarony. Na szczególną uwagę zasługuje melon w miodzie i orzechasz. Pyszność. Skoro już przy tym temacie jestem to nie może zabraknąć przybytku globalizacji.
Drugiego dnia wybraliśmy się również do centrum handlowego. Tak wyszło, że kupiłam aparat dzięki któremu powyższe zdjęcia ogladać można. Oprócz aparatu w pamięc zapadaja kokosowe lody. Mogłabym się od nich uzależnić.
Sama Varna sprawia wrażenie nieuporządkowanej. Przez te psy, przez fatalne zachowania kierowców, którzy parkują wszędzie, jeżdżą tak samo, a na ulicach stoją niekiedy samochodu bardzo wątpliwego działania. Krawężniki natomiast przy jezdniach są bardzo wysokie. Żeby nie parkować na chodnikach?
Pieniądze, pieniądze, pieniądze. Uwaga na nachalnych, miłych, normalnie wyglądających, przyjaźnie nastawionych ludzi, którzy chcą nam ulżyć w szukaniu kantoru. Straciliśmy 50 euro. Mamy za to piękny stu lewowy (100 lw) banknot. Niestety wycofany z obiegu jakiś czas temu. Za naiwność się płaci. Od tamtej pory pieniądze wymienialiśmy tylko w bankach. Jeden bardzo przyjazny:
A tutaj przykładowa tablica aktualnych wtedy kursów. W Varnie uwazac rowniez na ŻÓŁTE KANTORY, ŻÓŁTE SZYLDY. Wchodzi tam tylko jedna osoba, a wychodzi z pieniedzmi wymienionymi po kursie z kosmosu. Ku przestrodze ; )
Sama w sobie Varna była pierwszym etapem, najbardziej beztroskim i poznawczym. Jeżdżenie stopem i problemy miały się dopiero zacząć. Autobusem dojechaliśmy na wylotówkę z miasta. Stanęliśmy między przystankiem autobusowym a stacją benzynową i po 2 minutach zatrzymał się dość szybko jadący samochód. Młody chłopak zabrał nas chętnie i bezproblemowo. Jechaliśmy dość… dynamicznie. Także po niedługim czasie byliśmy już znacznie dalej. Wysadził nas na małej zatoczce na autostradzie. Kiepskie miejsce. Ludzie jechali za szybko, żeby zobaczyć nasz karton z napisem.
Jednak czekaliśmy niecałe 10 minut i kolejny dobry człowiek, tak samo bardzo wygodnym samochodem, zabrał nas w dalszą drogę… Do granicy z Rumunią, w Ruse podwiózł nas prawdopodobnie ojciec, ponieważ siedziałam obok sterty rzeczy dziecięcych włącznie z krzesełkiem. Kierowcę rozmową zabawiał Kuba ;)
Na granicy dość długo czekaliśmy. Co najmniej pół godziny. Małym samochodem w końcu zatrzymało się małżeństwo. Po angielsku mówiła tylko kobieta. Byli bardzo mili, próbowali rozmawiać, ale nie potrafili, a my nie za bardzo współpracowaliśmy. Zaczęłam się fatalnie czuć. Błądziliśmy po Bukareszcie, aż odstawili nas pod jakieś metro. Wysiadamy, a kobieta nagle zdezorientowana zaczyna coś nawijać po rumuńsku. Spodziewała się pieniędzy lub innego wynagrodzenia. To jeszcze mocniej zwiększyło moją irytację. I bardzo później popsuło nastroje podróży. Wysiedlismy po prostu z samochodu, dziekując. Cóż. Dotarliśmy do Bukaresztu…













































































